sobota, 25 sierpnia 2018

Najbardziej deszczowy dzień życia

Czasami życie chyba chce żebyś się zatrzymał. Zrobił sobie przerwę od codziennej rutyny i po prostu żył. 
Ja rzadko kiedy pozwalam sobie spowolnić. Zwłaszcza ostatnie dwa lata nadały mojemu życiu takiego tempa, że wizja oderwania się od codziennej pracy długo wydawała mi się kompletnie nierealna. Moje ciało od dawna domaga się innego traktowania ale moja uparta natura usilnie popycha mnie naprzód. Klęczenie godzinami na skałach, noszenie ciężarów, przekopywanie ziemi... Czego się nie robi w imię marzeń?! Wreszcie, po raz pierwszy w życiu pracuję dla siebie i na swoim. Moja praca nie idzie na marne. W zaledwie kilka miesięcy stworzyłam ogród, który teraz wydaje jedzenie. Stworzyłam podstawę swojego domu, ktory wybuduję wraz z mężem. Stworzyłam ponad trzysta szczepionych durianów... 

Tymczasem od czterech dni bez przerwy pada. Huragan Lane właśnie przetoczył się przez wyspy. W naszej okolicy spadły rekordowe w historii Hawajów ilości deszczu. Mieliśmy co prawda szczęście - ominęły nas huraganowe wiatry, tak więc obeszło się bez zbytniego chaosu i dewastacji. Niemniej deszcz wciąż nie ustępuje, w ostatnich 24 godzinach spadło ponad 30 cm deszczu, a to jeszcze nie koniec. Centrum Hilo jest pod wodą, jak wiele okolicznych domów. Drogi zmieniły się w strumienie, strumienie w rwące rzeki. Nie ma to jak mieszkać blisko najmokrzejszego miasta w USA. 

Już od dawna cierpię na tzw. cabin fever, z powodu nieopuszczania naszej działki (ponieważ robię za psa obronnego w razie odwiedzin złodziei), jednak teraz mój stan sięgnął kulminacji. 

Zwykle nie mam problemu z pracą w deszczu, normalnym codziennym deszczu, zwlaszcza takim który się kończy po kilku godzinach. Co innego pracować w ulewie trwającej dniami i nocami, z burzą z piorunami w tle i zimnem nieprzypominajacym tropików. (Jest środek lata a ja w tym momencie mam na sobie legginsy, spodnie nieprzemakalne, dwie bluzki i sweter - tak, oto Hawaje!) Zwłaszcza jeśli nie ma się pralki ani domu ze ścianami... Huragan Lane doprawdy zamienił się w gąbkę i z jakiegoś powodu postanowił wycisnąć całą swoją zawartość wprost nad nami. 

W takich chwilach nie mogę nie czuć ogromnego szacunku do sił natury. I jest to wielkie wyzwanie dla mnie, żeby w obliczu poczucia frustracji i bezsilności poddać się temu na co nie mam wpływu. 

Nie czuję opuszków palców. Z dziurawej blachy falistej deszcz przecieka na łóżko, na wiszące ubrania, które od kilku dni próbują wyschnąć, na narzędzia rozłożone na podłodze, bo nie ma na nie miejsca... Zapach wilgoci i pleśni. Oto hawajski dzień. 




Taro z mojego ogródka

poniedziałek, 23 lipca 2018

Nasza ziemia

- This one!!
Powiedzieliśmy wspólnie po zaledwie dwóch minutach oględzin miejsca, które miało stać się naszym ostatecznym domem, naszym "forever home". Nie było czasu na dokładne zbadanie terenu, jak zwykle byliśmy gdzieś spóźnieni, nie było to jednak potrzebne, bo samo postawienie stopy tym miejscu wystarczyło nam do podjęcia decyzji. Jeden akr gęstego lasu porastającego wulkaniczną skałę, obecność choć odrobiny ziemi... To jedyne na czym nam zależało. Był koniec czerwca zeszłego roku, wreszcie udało nam się znaleźć nasz prawdziwy dom.

10 sierpnia zaczęliśmy pracę na naszej działce. Wycinka drzew wzdłuż drogi zajęła kilka dni i była to chyba najtrudniejsza robota. O dziwo wszystko poszło dosyć gładko dzięki niesamowitym zdolnościom Mike'a i obfitości sprzętu. Jedynie jedno drzewo zachaczylo o liny wysokiego napięcia po drugiej stronie ulicy... Przez moment moje serce stanęło w gardle, bo wiedziałam że spieprzyliśmy, że trzeba wołać pogotowie elektryczne. Na szczęście nie spowodowaliśmy żadnych uszkodzeń i tym razem nam się upiekło.
Następnym krokiem było tworzenie podjazdu. Zaczęliśmy wyrąbywanie naszej dżungli. To wtedy po raz pierwszy dostałam w swoje ręce piłę mechaniczną (zasilaną na baterie) i mimo mojej niepewności (nie martwiłam sie o siebie, a raczej o narzędzie warte $1000...) zaczęłam wycinać drzewa jedno po drugim. Ograniczyłam się oczywiście do młodych, chudych drzewek, ale tych były setki. Kilka razy łańcuch został uszczypniety przez padające drzewo, przez co musiałam wołać męża na ratunek, ale ostatecznie byłam z siebie dumna, bo podołałam zadaniu. Po kilku dniach takiej roboty wreszcie wyłonił się zarys podjazdu. Spędziliśmy następne kilka dni wyciągając z ziemi masę pni z korzeniami, na jednym pniaku Mike spędził cały dzień. Byliśmy wykończeni ale i tak bardzo podekscytowani całą procedurą, bez względu na to jak bardzo prymitywne i amatorskie były nasze metody. Wiedzieliśmy, że posuwamy się naprzód i prędzej czy później to będzie nasz dom.
Przyszedł czas na wielki dzień. Dostawę czerwonego żużlu na nasz podjazd. W życiu nie widziałam z bliska takiej akcji - wielkiej ciężarówki wysypujacej takie ilości materiału. Rozprowadzenie i wyrównanie wszystkiego zajęło kolejne kilka dni. Wszystko zajmowało nieco dłużej niż myśleliśmy i powoli zaczynało być oczywiste, że w tym miesiącu nie uda nam się przeprowadzić. Tak czy inaczej nie zwolniliśmy tempa. Nie da się ukryć to był najbardziej intensywny i wykończajacy czas w moim życiu. Codziennie walczyliśmy o to, żeby to pogodzić pracę na naszej działce, oddalonej o 40 minut drogi od miejsca gdzie mieszkaliśmy, z naszą normalną pracą i pakowaniem naszych rzeczy. Sama przeprowadzka zajęła miesiąc. A było to istne szaleństwo. Jak można się spodziewać, przewóz setek (kilku tysięcy) drzewek, rozmaitych materiałów budowlanych i ogólnego dobytku w pickupie z 2 i pół metrowym bagażnikiem do miejsca, które było zaledwie częściowo wykarczowanym lasem, z niedokończonym podjazdem, to nie łatwa sprawa. Zrobiliśmy około 30 wycieczek z naszym dobytkiem w te i z powrotem. Wszystkie rzeczy upchalismy pod plandekami, w pośpiechu, bez większego przemyślenia i w duchu mieliśmy nadzieję że nikt nie pojawi się z zamiarem kradzieży pod naszą nieobecność. Mieliśmy szczęście.

Wreszcie16-go października przyszedł czas mojej pierwszej nocy na naszej ziemi. Na zawsze pożegnałam się z naszym domem w Pepeekeo, który wynajmowaliśmy przez ponad trzy lata. Wreszcie koniec tego niewygodnego życia, wiecznego braku miejsca na nasze rzeczy, wiecznego sprzątania... Roniłam łzy szczęścia opuszczając tamto miejsce! Na działce spalam w naszym jeepie. Tymczasem Mike kończył sprzątać i pakować resztkę naszych rzeczy w Pepeekeo. Te noc zapamiętam na długo. Deszcz, chłód, niewygoda, przerywany sen i ogromne zmęczenie. Żeby tego było mało, następnego ranka na naszej ziemi pojawił się intruz! Złodziej zakradł się aż do połowy naszej posesji, gdzie zaparkowany był nasz samochód i większość naszych rzeczy. Siedziałam w samochodzie kiedy nagle poczułam czyjąś obecność i wyjrzałam przez okno. I on spojrzał wtedy na mnie. Był zdecydowanie zaskoczony moim widokiem.
- How can I help you?
Powiedziałam, w odpowiedzi dostając oczywiscie wyssaną z palca historię. Udałam że uwierzyłam w to co mówił i przeprosiłam nie mogąc pomoc. Od razu się ulotnił.
Mieliśmy szczęście tym razem, ale mając w pamięci tamto zdarzenie, jak też fakt, że ta okolica roi się od złodziei, narkomanów i wszelkiego rodzaju społecznych "karaluchów", rzadko kiedy opuszczam naszą ziemię.
17 października dobiegł koniec naszej przeprowadzki. Puna stała się naszym nowym domem. Dom jako taki oczywiście musieliśmy dopiero sobie wybudować. To już oddzielna historia, która trwa do dzisiaj. Pierwszy tydzień na działce spaliśmy upchani w jeepie, z komarami i kotem. Wreszcie, jednego wyjatkowo deszczowego dnia, mając dość panujących warunków, Mike zebrał się w sobie i używając pnie ze ściętych drzew i panele dachowe z blachy falistej z odzysku (których mamy dostatek), postawił nasz pierwszy "budynek" - kuchnię. Budowa zajęła nam zaledwie kilka godzin. Byliśmy tak szczęśliwi kiedy podłączyliśmy wreszcie naszą kuchenkę do prądnicy i ugotowaliśmy pierwszy ciepły posiłek! Nie mówiąc już o tym jak niesamowite było stać mieć ten pierwszy suchy skrawek podłogi - może cztery metry kwadratowe kompletnie osłonięte przed deszczem. Po kuchni przyszedł czas na pracownię, gdzie mogliśmy przechowywać w suchych warunkach nasze narzędzia. A potem... W toku kilku następnych miesięcy rozbudowaliśmy naszą pre-tymczasową budowlę o kolejne pokoje. Moją codziennością stało się zeskrobywanie cienkiej warstwy ziemi z powierzchni skały, równanie gruntu przy użyciu młota pneumatycznego i przenoszenie skał z jednego miejsca na drugie. Do tego wciąż trwająca wycinka drzew, wycinka dżungli, odkrywanie nowych terenów naszej działki i tworzenie pierwszych ogródków. 
Nigdy w życiu nic nie dawało mi większej radości niż praca dla siebie i na swoim. Kreowanie czegoś, co będzie trwało latami. Obcowanie z naturą w jej najbardziej intymnej postaci, poprzez godziny spędzone na kolanach dotykając ziemi, wyrywając chwasty, w pocie czoła rozbijając skały. To moje ręce dotknęły (conajmniej raz) każdej ze skał które teraz tworzą fundament naszego domu.
Ktoś chyba kiedyś powiedział, że im dłużej coś kochasz tym bardziej wydaje ci się ono piękniejsze. Tak jest z naszą działką. Im dłużej tu jestem, tym łatwiej dostrzegam piękno w najprostszych rzeczach - w czerni i zapachu naszej ziemi tętniącej życiem, w drzewach-chwastach które wyrosły wysoko do nieba walcząc o promienie słońca, w dwóch starych i niekształtnych mango które ku naszemu rozczarowaniu w tym roku nie zakwitły, w śpiewie ptaków rozbrzmiewajacym każdego dnia, w zastygłej lawie sprzed 400 lat, po której codziennie stąpam...
Żyjąc tu przez ostatnie 9 miesięcy odkryłam jak bardzo niewiele potrzeba mi do szczęścia. Nie da się ukryć, moje obecne życie ogromnie różni się od tego, jak żyje większość ludzi. Nie mamy bieżącej wody, toalety, lodówki czy pralki. Nasze źródło prądu to dwa przenośne generatory. Nasz tymczasowy dom nie ma praktycznie ścian. Jakby tego było mało, internet jest potwornie wolny przez większość czasu... Ale tych kilka niedogodności to nic w porównaniu z tym, co zyskaliśmy. Codziennie budzę się z niedowierzaniem, że jestem tu, na własnym kawałku ziemi, w miejscu gdzie posadzę moje ukochane drzewa, gdzie będzie rosnąć ogród, który wykarmi mnie i moich przyjaciół. Czego można więcej chcieć?


We did it, Mike. Udowodniliśmy, że jesteśmy w stanie podołać temu wyzwaniu. Najtrudniejsze już za nami. Wydostaliśmy się z pułapki płacenia czynszu, pracy po 100 godzin tygodniowo i wiecznego zamartwiania się o to co dalej. Już nie musimy szukać swojego miejsca na ziemi. Nasze marzenia się spełniają.

Mój dom


Cdn. 

środa, 21 grudnia 2016

Update - Co przyniósł miniony rok?


"She will be the queen of durian."
 - John M.


Minął prawie rok odkąd ostatni raz pisałam. Szczerze mówiąc to było do przewidzenia. Odkąd przyjechałam na Hawaje, życie nie daje mi wytchnienia. Codziennie jest tyle rzeczy do zrobienia, tyle się dzieje, że raczej nigdy nie będę mieć czasu na opowiedzenie wszystkiego. Czasem jednak przychodzi ten chłodny jesienny (albo zimowy) dzień, kiedy deszcz nie chce ustać nawet na moment, kiedy po kilku godzinach pracy w przemokniętych butach i ubraniach nie ma się ochoty na nic innego poza schronieniem się w suchym domu.
Ostatnie dni przyniosły dość ekstremalną pogodę. Od rana rozbrzmiewają ostrzeżenia o powodziach i podtopieniach. Nigdy w życiu nie widziałam jeszcze takich ilości wody. Bez wątpienia Hilo to najmokrzejsze miasto w Ameryce. Od trzech dni nie widziałam słońca. I mimo, że dochodzi południe, jest potwornie ciemno. Na szczytach dzisiaj zamiecie śnieżne. W dolinach strumienie zamieniły się w rwące potoki. Wodospady muszą wyglądać teraz naprawdę imponująco.

Na pewno miło jest zatrzymać się na chwilę i odpocząć. Pomyśleć, że ma się dach nad głową i jedzenie. Nie myśleć o tym, co będzie dalej i ile rzeczy jest do zrobienia. Zrelaksować się - coś co mi rzadko kiedy wychodzi.

Life is good. Ostatni rok przyniósł wiele niespodzianek i zwrotów wydarzeń. Nie było łatwo, ale ostatecznie chyba jesteśmy na dobrej drodze. Wreszcie czuję, że tu jest moje miejsce, że tu pasuję, że robię coś dobrego i potrzebnego. Mamy plan na przyszłość i jego realizacja to tylko kwestia pracy i czasu. Wiele już osiągnęliśmy. Ten rok był pod wieloma względami przełomowy. Poznaliśmy kilka osób, które pozytywnie zamąciły w naszym życiu, pojawiły się szanse na nowe doświadczenia i lepszą przyszłość. Choć dokąd to ostatecznie zajdzie, nie wiadomo.


Na pewno jestem bardzo dumna z siebie, bo wreszcie osiągnęłam coś co jest moje, osobiste i jest skutkiem mojej nauki i pracy. Udało mi się zaszczepić moje pierwsze drzewka. Koncentracja na chwilę obecną jest głównie na durianie, jako, że jest to bezsprzecznie najlepszy owoc na świecie!

Półroczny zaszczepiony durian

Najnowsze szczepione duriany

W dwa miesiące udało mi się wyprodukować ponad 100 szlachetnych durianów. Szczepienie drzewek owocowych to z tego co widzę dość osobliwa umiejętność, którą praktykuje bardzo niewielu entuzjastów roślin. Na naszej wyspie tylko garstce osób udało się pomyślnie zaszczepić duriana, tym bardziej dodaje mi satysfakcji świadomość własnych sukcesów. Nie da się ukryć wymaga to pewnej wiedzy i umiejętności. Nie jest łatwo, ale wszystko to kwestia praktyki. Szczepienia roślin przeprowadza się celem sklonowania osobnika o pożądanych cechach. Dokonuje się tego poprzez połączenie materiału (fragmentu gałązki) pochodzącego z jednej roślinki z siewką tego samego gatunku. Próbując wyhodować jakiś owoc z nasiona, istnieje mała szansa, że owoce w następnym pokoleniu będą wyglądały identycznie jak owoce "rodziców", ponieważ być może doszło do zapylenia i wymiany materiału genetycznego pomiędzy roślinami, dlatego żeby mieć pewność szczepi się rośliny. 
Przyznaję, że nie mam dużej znajomości podstaw jeśli chodzi o botanikę czy biologię, więc moje wytłumaczenie tego procesu może nie być najlepsze. Zanim przyjechałam na Hawaje, kompletnie mnie te kwestie nie zastanawiały i niewiele wyniosłam ze szkoły. Kolejny dowód na to, że w życiu dobrze jest być otwartym na zdobywanie nowej wiedzy i umiejętności, bo nigdy nie wiadomo co do czego się może przydać.

Udało mi się również sklonować moje pierwsze chlebowce:

Ja i moje chlebowce

Tzw. "odkład powietrzny" na gałęzi chlebowca - nowe korzenie prześwitują przez folię

Naprawdę zafascynowały mnie te wszystkie metody rozmnażania roślin. Świadomość, że można w dość prosty sposób stworzyć nowe życie, organizm, który w przeciągu kilku lat będzie w stanie wydać owoce i zaspokoić czyiś głód, jest naprawdę satysfakcjonująca. 

Tak czy inaczej, nie chcąc zanudzić nikogo tym całym botaniczną gadaniną przejdę do ciekawszych rzeczy.
  
Najbardziej niespodziewana rzecz jaka wydarzyła się w tym roku to to, że rozpoczęliśmy przygodę ze zbieraniem kokosów!

Mój mąż w koronie palmy kokosowej

Te kokosy ściągnęliśmy z jednej tylko palmy!

Dość niespodziewanie, praktycznie z dnia na dzień staliśmy się profesjonalnymi zbieraczami kokosów! Wszystko za sprawą mojego męża, który zainwestował w sprzęt do wspinania się na palmy. Nagle otworzył się przed nami zupełnie nieznany świat - świat nieprzebranej obfitości wody kokosowej i miąższu, o którym do tej pory tylko fantazjowaliśmy. Uzyskaliśmy dostęp do wielu dotychczas nieznanych miejsc, jak również zawarliśmy szereg nowych znajomości. Nie da się ukryć jest to robota, którą niewielu chciałoby wykonywać, podczas gdy jej owoce są bardzo pożądane. Żeby zdobyć kokosy trzeba się wspiąć na sam szczyt palmy i opuścić każdą kiść na ziemię za pomocą liny. W zamian za kokosy przycina się najstarsze liście palmowe i oczyszcza koronę ze zbędnego materiału, dzięki czemu palma zachowuje zdrowy wygląd i kontynuuje produkcję dobrej jakości owoców.

Z kolei zebrane kokosy zostają sprzedane na przydrożnym straganie mojej znajomej na drodze do wodospadów Akaka:

Najlepsza atrakcja turystyczna w Honomu, czyli kokosy serwowane przeze mnie ;)

Na straganie na drodze do "Akaka Falls" pracuję z przerwami już od ponad roku, tak więc nie jest to nic nowego. To co uległo dużej zmianie to moja swoboda rozmowy z ludźmi i umiejętność obsługi maczety, która - że tak to skromnie ujmę - nieraz zaskakuje ludzi. O naszym przydrożnym sklepiku powinnam napisać oddzielnego posta, bo odgrywa on dużą rolę w moim życiu. To tutaj poznałam masę ciekawych osób, to tutaj zyskałam pewność siebie i zdolność rozmawiania z najróżniejszymi ludźmi. Większość klientów to turyści przyjeżdżający z różnych krajów, więc jest naprawdę ciekawie.

Co jeszcze się wydarzyło? Być może najważniejsza rzecz to to, że wreszcie pojawiła się przed nami szansa na dostanie kawałka ziemi dla własnego użytku. Nie chcąc zapeszać, nie będę się rozpisywać na ten temat, powiem tylko, że jest to niewątpliwie nasz główny cel na tę chwilę. Posiadanie kilku akrów ziemi do własnego użytku dałoby nam szansę na posadzenie naszych drzew i stworzenie ogrodu, o którym tak bardzo marzymy. Jak dziwne jest to, że ludzie, których stać na kupienie ziemi na Hawajach rzadko kiedy cokolwiek z nią robią a ci którzy marzą o posiadaniu własnego ogrodu czy sadu nie są w stanie sobie na to pozwolić? To typowy schemat w tej części świata. Najlepsza ziemia jest marnotrawiona na przepastne, puste trawniki bogatych Amerykanów, którzy wolą spędzać czas wolny wożąc się na kosiarce i podziwiając widok na ocean zamiast hodować jedzenie. No cóż, oni nie muszą bawić się w farmerów, oni mają góry importowanego jedzenia na wyciągnięcie ręki. Takim ludziom mówię "na zdrowie". 

Ten rok przyniósł wiele dobrych rzeczy. Wydaje się, że wreszcie zdecydowaliśmy co jest naszym celem do reszty poświęciliśmy swój czas pracy nad tym, żeby go osiągnąć. I wcale nam nie przeszkadza fakt, że nie jeździmy już na plażę czy na wycieczki. Że każdego dnia staramy się dawać z siebie wszystko. It's worth it! 

Może te rzeczy to nic nadzwyczajnego. Ludzie w wielkich miastach zdają się żyć o wiele szybszym tempem. Ja tymczasem cieszę się, że wybrałam inną drogę. Choć przyszłość jest niepewna, idę naprzód. Uczę się w swoim tempie, w lekkim pośpiechu, czasem trochę za bardzo martwiąc się o przyszłość. Martwiąc się o to, gdzie posadzę swoje drzewa i czy w ogóle? Czy miesiące (lata) pracy pójdą na marne, czy jednak uda nam się stworzyć wymarzony food forest?

Nie wiem jak często uda mi się tu pisać i czy w ogóle będę w stanie kontynuować. W każdym razie dość niedawno postanowiłam założyć profil na instagramie gdzie czasami wrzucam zdjęcia z mojego codziennego życia. Jest to o wiele łatwiejsze niż pisanie starannych postów, które nigdy nie wiadomo ile ludzi faktycznie czyta.

czwartek, 14 stycznia 2016

Dolina Waipi'o



Ilekroć mowa o najpiękniejszych miejscach na wyspie Big Island, na myśl zawsze przychodzi dolina Waipi'o. Pełna spektakularnych widoków, wiecznie zielona i tętniąca życiem, uważana jest za klejnot Hawajów. Trudno dostępna i tajemnicza, jest jednym z niewielu miejsc na wyspie, gdzie jej mieszkańcy żyją w sposób tradycyjny, niektórzy wręcz prymitywny - bez bieżącej wody, prądu, internetu... Niektórzy wciąż kultywują tam tradycyjne rolnictwo, "lo'i kalo" (czyli wodne poletka taro), żyjąc w harmonii z naturą. Dolina Waipi'o to bezpieczne schronienie dla odwiecznych hawajskich tradycji, jak i dla ludzi, którzy pragną uciec przed współczesną cywilizacją.


Jedziemy na północ, wzdłuż wybrzeża Hamakua, po wschodniej stronie wyspy. Po drodze przejeżdżamy przez urokliwe, "historyczne" miasteczko Honoka'a - ostatnie większe skupisko cywilizacji, na drodze do doliny Waipi'o. Mijamy sklepy, szpital, pocztę, bank, restauracje i turystyczne sklepiki z kosztownymi pamiątkami - wszystkie dogodności cywilizacyjne, do których tak jesteśmy przyzwyczajeni. Jednak kilka mil dalej, nie ma żadnej z tych rzeczy. Jest natomiast ukryty raj, w którym tylko nieliczni decydują się zamieszkać.

Po paru minutach docieramy na miejsce. "Waipi'o Lookout". To cel podróży wielu turystów, którzy, nie decydując się na dalszą wyprawę, zadowalają się widokiem z punktu widokowego, gdzie robią kilka zdjęć po czym wracają do samochodu. By dostać się do Waipi'o należy zaopatrzyć się w samochód z napędem na cztery koła i pokonać niezwykle stromą - jedną z najbardziej stromych dróg publicznych w USA - i jedyną drogę wiodącą w dół doliny. Można też złapać okazję, lub zejść na dół pieszo. To drugie to bardzo szybki sposób na dostanie się na dół, marsz z powrotem to jednak prawdziwy wyczyn.



Szczęśliwie jesteśmy odpowiednio wyposażeni. Nieczęsto zdarza nam się okazja wycieczki do Waipi'o, dlatego tym większe podekscytowanie ale i środki ostrożności. Naszą misją na dzisiaj jest spotkanie się z naszymi znajomymi, którzy mieszkają w dolinie, oraz zdobycie kilku rzadkich egzotycznych owoców. Nie ma miejsca na awarie. Powoli i ostrożnie zjeżdżamy więc w dół napawając się widokami. Z góry widać połacie zieleni i czarną plażę, kilka domów i poletka taro. Waipi'o znajduje się na styku dwóch wulkanów: Mauna Kea od południa i Kohala od północy. Dolina to labirynt wąskich, wyboistych dróg, które gdzieniegdzie zamieniają się w niewielkie rzeki. Brak tu drogowskazów, czy świateł, a w każdym momencie twoją drogę może przekroczyć koń, albo dzik. Łatwo się zgubić i trudno odnaleźć. W dodatku mieszkańcy doliny nie są zbyt przyjaźnie nastawieni do odwiedzających. Cenią sobie prywatność i przestrzeganie lokalnych zasad, czyli "kapu". Nie zmienia to jednak faktu, że Waipi'o to "dziki zachód" Hawajów. W latach 70-tych dolina było miejscem masowej produkcji marihuany i zapewne innych substancji narkotycznych. Można się tylko domyślać, że wiele ludzi wciąż hoduje swoje "pakalolo" w zakamarkach własnych ogródków. Co ciekawe, większość mieszkańców pożegnała się z niegdyś popularnym tutaj hipisowskim stylem życia i wyprowadziła do pobliskich miasteczek. Na chwilę obecną w dolinie mieszka zaledwie około 50 osób.

Główna rzeka w dolinie

Przez ten strumień biegnie droga

A jak wygląda życie w dolinie? Praktycznie każdy zajmuje się uprawą ziemi, która jest tu naprawdę żyzna - niemal czarna, sypka i bogata w materię organiczną. Jest to idealne miejsce dla hodowli wszelkich tropikalnych roślin - taro, ulu, bananów i rozmaitych drzew owocowych. Niestety Waipi'o powoli zaczyna tracić opinię nieskalanej doliny. Mrówki ogniste, które są utrapieniem w większości regionów wyspy, zaczynają docierać i tutaj, do tego roi się inwazyjnych gatunków roślin. Całe szczęście jeśli chodzi o ludzi raczej ich ubywa niż przybywa.

Typowa farma w dolinie: po lewej taro, po prawej banany




Jedną z nielicznych osób, które spędziły dobry kawał życia w Waipi'o jest miejscowa legenda - "Coconut Chris", jak go nazywają. Trudno go jednoznacznie opisać, bo Chris to nietuzinkowe zjawisko. Poświęcił on swoje życie hodowli najróżniejszych roślin, ochronie rzadkich i zapomnianych odmian oraz zbieraniu kokosów. Jest miejscowym guru jeśli chodzi o hodowanie jedzenia (a także jeśli chodzi o surowy weganizm, ale tę kwestię pozwolę sobie przemilczeć). To Chris pokazał nam jak wygląda ogrodnictwo w wersji ekstremalnej, gdzie wszelkiego rodzaju jadalne rośliny rosną razem tworząc harmonijny i nadzwyczaj produktywny "food forest". O jego ogrodzie na pewno napiszę kiedyś oddzielnego posta.

Chris i świeżo wykopane pochrzyny


Innym godnym uwagi osobnikiem, który zamieszkuje dolinę, jest nasz dobry przyjaciel Tyler. W pewnych aspektach jest jeszcze bardziej hardkorowy niż Chris. Młody i wolny, wybrał życie z daleka od udogodnień współczesnego świata. Tyler to wciąż dla mnie zagadka. Osobnik enigmatyczny i tajemniczy, przez większość czasu zaszyty gdzieś w dżungli, samotnie, czasem na krawędzi. A jednak bije z niego niesamowita radość życia, radość z prostych rzeczy, jak chociażby z rosnącego taro, albo kiełkującego nasiona, wdzięczność za miskę strawy, albo miejsce do spania. Zdarza się, że zjawi się niespodziewanie w naszym domu, jak kot, by przenocować, a następnego dnia pójść własną drogą.

Tyler i Chris 

To właśnie z nimi zamierzamy się spotkać. Przemierzając labirynt strumieni i wyboistych dróg docieramy wreszcie do punktu, gdzie niemożliwa jest dalsza jazda samochodem. Resztę drogi będziemy przemierzać pieszo. Mijamy sad kakaowy, poletka taro i zagajniki guawy, gąszcze bambusowe i kokosy. Przekraczamy rzekę, brodząc po kolana w krystalicznie czystej wodzie. Nagle słyszymy szelest w zaroślach i naszym oczom ukazuje się koń, a właściwie klacz ze źrebięciem. Przez chwilę patrzyliśmy sobie wzajemnie w oczy.

"Jungle meat". Tak się mówi na koninę w Waipi'o. Konie to prawdziwe szkodniki w dolinie. Ludzie czasem na nie polują.

Wreszcie docieramy na miejsce. Niewielka konstrukcja wzniesiona na palach to obecna kwatera Tylera. To nasze pierwsze odwiedziny u niego. Trudno sobie wyobrazić bardziej ustronny zakątek. Otoczony bujną roślinnością i wzgórzami, na których zboczach tu i ówdzie da się dostrzec niewielkie wodospady, wydaje się być najbezpieczniejszym miejscem na Ziemi. Jesteśmy tam przez jakiś czas, rozmawiając i obmyślając plany na resztę dnia. Tyler pokazuje nam wyjątkowo piękny okaz prążkowanego taro i jedną z niepospolitych, hawajskich odmian bananów - uderzającego kolorem popo'ulu o czerwonej łodydze. Przez moment kontemplujemy wyjątkowo piękny dzień, szelest liści palmowych, śpiew ptaków... Chłopaki przynieśli garść liści koki, po czym oddali się rytualnemu wręcz aktowi przeżuwania. I ja postanowiłam spróbować, wykorzystując szansę na nowe doświadczenie. Szybko jednak zrozumiałam, że jeden raz będzie mi wystarczył na całe życie. Niewiele bowiem miałam w ustach równie paskudnych rzeczy...

Kwatera Tylera

Chris wybiera się do Nui z misją posadzenia rzadkich odmian taro na niemal dziewiczej ziemi. Długa wędrówka to nic. Chris zamierza spędzić tam dwa tygodnie, zabierając ze sobą jedynie plecak wypełniony materiałem roślinnym i kilkoma niezbędnymi narzędziami. Nui to jedna z dolin położonych w tamtym regionie, jedna z tych, gdzie nie mieszka nikt - idealne miejsce dla konserwacji bezcennego materiału genetycznego. My jak zwykle jesteśmy pod wrażeniem poświęcenia Chrisa. Wydaje się, że dla niego to nic takiego, to jedna z wielu takich wypraw, a mimo to zawsze jest ryzyko, że się nie wróci. Jednak on o tym nie mówi. Niecierpliwie daje nam znać, że na niego już czas.

Tymczasem my i Tyler ruszamy na poszukiwanie celu naszej podróży - owocu o nazwie keledang. Zmierzamy ku posesji naszego znajomego, Micah, który w przeciwieństwie do Chrisa i Tylera urodził się i wychował na wyspie. Micah posiada wielką kolekcję rzadkich tropikalnych roślin i jeden z najpiękniejszych skrawków ziemi na wyspie. Gdzie nie spojrzeć rosną drzewa owocowe - kakao, cytrusy, abiu, kilka gatunków i odmian durianów, jak również mój ulubiony owoc - salak. Do tego wiele innych niespotykanych roślin - okwiecona chupachupa, cherapu, rambi, kwai muk, i... keledang. Okazuje się, że mamy szczęście - keledang wreszcie po raz pierwszy obrodził owocami. Nasza ekscytacja sięga szczytu - oto kolejny nowy owoc do spróbowania! Podobny do dżakfruta, ale o wiele mniejszy. Niepozorny z wyglądu, po otworzeniu zaskoczył nas intensywnie pomarańczowym wnętrzem i wyrazistym smakiem podsyconym nutą cytrusową. Oto święty gral naszej wycieczki.

Keledang!

Dwa skromne kawałki miąższu skryte pod grubą skórą owocu.


Chupa-chupa - owoce i kwiaty


Zanim wyruszyliśmy w dalszą drogę, udało nam się posmakować po raz pierwszy także cherapu - to spokrewniony z mangostanem owoc wielkości figi. Pozytywnie nas zaskoczył przewyższając (jak dla mnie) walorami smakowymi popularny mangostan. Zdecydowanie musimy posadzić ich tyle ile to możliwe.

Dzień dobiega końca, pora opuszczać dolinę. Ruszamy w kierunku wybrzeża, na plażę - jedną z największych na wyspie, pokrytą ciemno szarym piaskiem. Niespokojny ocean, silne fale i wiatr - to typowe warunki plażowe w Waipi'o. Dzisiaj zapewne kąpiel sobie odpuszczę - za zimno... Spacerując wzdłuż plaży obmyślamy plany na przyszłość - posadzenie zdobytych nasion, posadzenie drzew... Być może ta wyspa to idealne miejsce, by zapuścić korzenie. Bezpieczny skrawek ziemi pośrodku oceanu. Wciąż niezniszczony przez zachłanną cywilizację. Pytanie tylko jak długo, zanim natura polegnie i tutaj... Nagle moją odwagę zwraca kilka kokosów wygrzewających się na plaży. Całe szczęście mamy ze sobą maczetę. Nie zaszkodzi sprawdzić, czy coś w nich jest dobrego. Ku naszemu zaskoczeniu okazują się być w całkiem niezłym stanie. Świeży miąższ powinien zaspokoić nasz apetyt, a i woda kokosowa smakuje nie najgorzej. Niewiele jest w życiu większych przyjemności niż posiłek z kokosa na plaży.










Mahalo, Hawai'i. Dziękuję.

niedziela, 11 października 2015

Wspomnienie 1. "Zmiana"

Jak bardzo jedna decyzja może zmienić życie, nie wiedziałam, dopóki nie przyjechałam na Hawaje. Po 21 latach mojego życia, w którym każde znaczące wydarzenie wpisywało się w typowy schemat: pierwsza szkoła, druga, trzecia, studia, praca... (chociaż przerwałam po zaledwie roku, a do tego ostatniego nigdy nie doszłam.) nagle stało się coś, co kompletnie zmieniło bieg mojego życia. Prawda jest taka, że od zawsze pragnęłam zmiany. Nie mając planów, celów ani marzeń, ciężko jest podążać za wiecznie pędzącym naprzód, ku rozwojowi, ku karierze, otoczeniem. Przyjaciół nigdy nie miałam, więc nic mnie nie powstrzymywało przed wyjazdem poza obawą "czy dam sobie radę?".

Nigdy nie podróżowałam samodzielnie, ani do innego miasta ani tym bardziej do innego kraju. Co więcej, byłam niezwykle niesamodzielna i strachliwa. Angielski nigdy nie był moją mocną stroną, komunikacja z ludźmi tym bardziej... Teraz natomiast czekało mnie wyzwanie życia - samotna podróż do Ameryki. A żeby tylko... Na Hawaje! "Czy to nie jest przypadkiem gdzieś po drugiej stronie globu?" - myślałam. Wszystko wskazywało, że raczej sobie nie poradzę, a jednak decyzję podjęłam bez wahania. Wiedziałam, że nie mogę inaczej, że nie byłabym "fair" wobec siebie, gdybym się wycofała. Po latach czekania i niepewności. Teraz albo nigdy, jak to mówią.

Ku mojemu niedowierzaniu, wszystko poszło nadzwyczaj gładko. Mimo moich potężnych obaw, wizę dostałam bez problemu. A i sama podróż przebiegła bez większych komplikacji. Miałam szczęście znaleźć towarzyszkę podróży, z którą pomocą pomyślnie przeszłam labirynt lotniska we Frankfurcie. Gdybym była tam sama, prawdopodobnie byłby to koniec mojej wycieczki. Niestety w Los Angeles, gdzie czekała mnie druga przesiadka, nasze drogi się rozeszły i od tego momentu musiałam sobie radzić sama. Czasu na znalezienie właściwego terminalu nie miałam dużo, a czekała mnie jeszcze rozmowa z celnikiem, do którego należała ostateczna decyzja o przepuszczeniu mnie przez granicę. Nie zrozumiałam połowy z tego, o co mnie zapytał, więc kiedy, ku mojemu zaskoczeniu, usłyszałam "Welcome to America", ogarnęła mnie prawdopodobnie największa w życiu ulga. To jednak nie był koniec, byłam na jednym z większych lotnisk na świecie i musiałam dostać się do innego terminalu. Zapytałam o drogę i poszłam w zupełnie innym kierunku, niż mi wskazano. Zapytałam o drogę jeszcze raz i dopiero tym razem zrozumiałam, gdzie się udać. W końcu, po długim marszu, po ostatniej kontroli bagażu (a miałam ze sobą tylko bagaż podręczny) dotarłam do mojej hali odlotów. Cel: Kona, Hawaje. Została mi może godzina czekania. A potem jeszcze tylko 6 godzin lotu. Po 11-godzinnym locie z Niemiec do LA i kompletnym braku snu od ponad 30 godzin (noc wcześniej nie zmrużyłam oka), byłam szczęśliwa mogąc po prostu czekać i nie martwić się o nic innego. Moje traumatyczne doświadczenie z lotniskami dobiegało końca i było mi wręcz już wszystko jedno, czy ten samolot faktycznie doleci do celu. Słońce było wciąż na niebie. Wydawało się nie ruszać z miejsca.

Ostatni lot przebiegł bez większych niespodzianek. Obok mnie siedziały dwie bardzo roześmiane (żeby nie powiedzieć głośne), Amerykanki, których obecność skutecznie rozwiała moje marzenie o śnie. No cóż, będę mieć dużo czasu na sen, kiedy to wszystko dobiegnie końca. Przez okno widać było ocean. I niebo usiane chmurami. I popołudniowe słońce. Nie wiedziałam, która godzina, czas jakby przestał istnieć. I nagle dotarło do mnie, co robię i gdzie jestem. Jak bardzo daleko jestem od domu, a z każdą sekundą jeszcze dalej i dalej. Dokąd ja lecę i dlaczego? Co mnie tam czeka? I czy uda mi się wrócić?

Niebo zaczęło zmieniać kolory, ściemniał ocean, samolot zniżał lot. Słońce chyliło się ku zachodowi. Niespodziewanie z chmur wynurzył się ciemny kształt. Oto i jest - Big Island. Ostateczny cel podróży. Już za chwilę będzie po wszystkim. Samolot schodził niżej i niżej. Słońce wreszcie zniknęło za horyzontem. Najdłuższy dzień mojego życia dobiegał końca.

Gdy tylko wydostałam się z samolotu uderzyła mnie fala gorąca. Mimo, że nadchodził zmrok, powietrze było duszne i wilgotne. Lotnisko było naprawdę niewielkich rozmiarów, dominowała w większości niezadaszona, niska zabudowa. Z łatwością udało mi się znaleźć drogę do wyjścia. Szłam powoli zastanawiając się co dalej. Wreszcie, nie mając siły na nic innego, usiadłam na ławce i dałam się ponieść myślom...

Nie mogłam uwierzyć w to, co zrobiłam. Jeszcze tego samego dnia, 24 godziny wcześniej, opuszczałam swój pokój i dom, w którym spędziłam większość życia. W drodze do lotniska mijałam znajome mi miejsca, drogi, którymi chodziłam wielokrotnie... Każdy mówił moim językiem. Jak proste zdawało się być to życie!

Wtedy jeszcze wierzyłam, że wrócę. Jednak moje przyszłe wybory zamknęły tę drogę. Chcąc nie chcąc, Hawaje stały się moim nowym domem. I mimo iż być może nigdy nie poczuję się tu naprawdę jak w domu, powoli przyzwyczaiłam się i do języka, i do ludzi, i do samego miejsca - tropikalnej wyspy pośrodku wielkiego oceanu. Hawaje nauczyły mnie wiele. Być może więcej niż życie w Polsce kiedykolwiek by mnie nauczyło. Szczęśliwie udało mi się odnaleźć swoje miejsce na ziemi.

Zadanie wykonane. Cel osiągnięty.


Zachód słońca nad Pacyfikiem

poniedziałek, 5 października 2015

Kalo, ulu i mai'a, czyli hawajskie jedzenie

Co takiego jest w tych Hawajach? Niewielkich wysepkach oddalonych o tysiące kilometrów od najbliższego lądu, odizolowanych, a jednak przyciągających do siebie ludzi z całego świata. Uważane przez wielu za raj na ziemi, Hawaje, obecnie wydają się być od tego raju trochę dalekie. Niewiele pozostało z oryginalnej hawajskiej kultury, która od ponad 200 lat jest stopniowo wypierana przez te napływające z zewnątrz. Również hawajska ziemia ucierpiała, w rezultacie trwającej od dwóch wieków intensywnej eksploatacji - niegdyś potężnego przemysłu cukrowego, plantacji kawy czy ananasów, oraz hodowli bydła, teraz natomiast (co wydaje się być największym problemem) postępującej urbanizacji, szczególnie na Oahu, niewielkiej wysepce z ponad milionową populacją, gdzie mimo ekstremalnych kosztów życia, ludzi wciąż napływa. Nie będę się jednak zapuszczać w historię, czy zbytnie szczegóły. Hawaje to wciąż jedno z lepszych do życia miejsc na Ziemi.

Jest jednak jeden wymiar hawajskiej kultury, który wydaje się szczególnie cierpieć w wyniku zderzenia ze światem zachodnim i którym ja, nie da się ukryć, bardzo się przejmuję.

Jedzenie. 

Tradycyjna hawajska (polinezyjska) dieta od lat wypierana jest przez importowany "junk food", jak na przykład słynną mielonkę (której konsumpcja na Hawajach jest najwyższa spośród wszystkich stanów), wszechobecny ryż, napoje gazowane i całą masę produktów, które trafiły tu wraz z imigrantami z różnych stron świata. Obecnie Hawaje importują 90 procent swojego jedzenia. Umiera tradycyjne rolnictwo, maleje znaczenie rodzimych roślin uprawnych, symboli hawajskiej kultury.
Wydaje się, że to na gruncie jedzenia najłatwiej o swego rodzaju fuzję kulturową. Trudno nauczyć się obcego języka, przyswoić obcą religię czy zrozumieć obce zwyczaje. Dość łatwo jest jednak przyzwyczaić się do obcego jedzenia, zwłaszcza gdy jest tak ogólnodostępne, jak na Hawajach stała się żywność z tak zwanego "zachodu" (w tym przypadku raczej ze wschodu), na czele z "walmartem" - sztandarowym dystrybutorem, obecnym już na niemal każdej wyspie. 200 lat wystarczyło, by tradycyjne hawajskie jedzenie straciło na popularności wśród większości rodowitych Hawajczyków, z których obecnie przeważająca część cierpi na nadwagę, cukrzycę czy rozmaite inne problemy zdrowotne.


Tradycja jednak jeszcze nie umarła. Kultury mają tendencję do wzajemnego mieszania się i tak hawajskie zwyczaje jedzeniowe okazały się całkiem atrakcyjne dla ludzi z zewnątrz (przynajmniej niektórych).

Ja uwielbiam hawajskie jedzenie. Szczególnie to tradycyjne - organiczne i zdrowe, nieprzetworzone, zrodzone z ziemi, z zsynchronizowanej pracy natury i człowieka.

Podstawą tradycyjnej hawajskiej diety są trzy rzeczy:

Taro - nazywane na Hawajach kalo, to być może najważniejsza na Hawajach roślina. Zawleczona na wyspy przez pierwszych osadników wraz z innymi ważnymi roślinami, silnie zakorzeniona w folklorze, mitologii, życiu codziennym. Rodzi bogate w skrobię podziemne bulwy, dochodzące do znacznych rozmiarów (kilka kg), z których wyrabia się między innymi "poi" słynną hawajską potrawę o konsystencji papki i wątpliwym smaku, będącą niczym innym jak ugotowanym, sfermentowanym taro. Ugotowane taro ma kleistą, nieco gumową, jednolitą konsystencję. Liście też są jadalne i stanowią nieodłączny składnik "laulau" - wieprzowiny zawiniętej w liście taro, mojej ulubionej hawajskiej potrawy.


"Poi taro" - najpopularniejsza hawajska odmiana

Różne kolory bulw, obranych i gotowych do gotowania. 


Taro w moim ogrodzie

Chlebowiec - czyli breadfruit, po hawajsku ulu. To owoc drzewa chlebowego. Używany zazwyczaj jako warzywo. Po ugotowaniu przypomina ziemniaki, miejscami nieco gąbczasty, o delikatnym, lecz charakterystycznym smaku. Ulu można przyrządzać na rozmaite sposoby - gotować, smażyć, przerabiać na mąkę a także jeść na surowo gdy dojrzeje. Wypróbowałam wszystkie te metody i dochodzę do wniosku, że ugotowane ulu smakuje nieporównywalnie lepiej niż jakiekolwiek inne skrobiowe warzywo. (Mając ulu, import ziemniaków na wyspy wydaje się kompletnie nieuzasadniony!)


niedojrzałe ulu po przekrojeniu

Ulu na drzewie


Banany - a jakże! Po hawajsku "mai'a". O dziwo w dawnych czasach niemal wszystkie banany spożywane przez rdzennych hawajczyków były pieczone, albo poddawane innej obróbce termicznej. Tylko jeden rodzaj "deserowego" banana był dostępny. Co ciekawe na Hawajach aż do wieku XIX jedzenie bananów przez kobiety było praktycznie zakazane (i to pod karą śmierci!). Czasem dobrze, że pewne elementy kultury zamierają... Banany można jeść na rozmaite sposoby - piec, gotować, smażyć, suszyć, jeść na surowo. Wielość odmian bananów otwiera zupełnie nowy wymiar kulinarny, o wiele szerszy niż w przypadku taro, czy breadfruita. Nie da się ukryć banany stały się podstawą mojej diety a ich łatwość w uprawie i w przygotowaniu dodatkowo świadczy o ich zaletach.


Różne odmiany bananów. Po lewej: "Popo'ulu" i "Maoli" - tradycyjne
hawajskie banany do gotowania.

Hawajska odmiana "Huamoa", produkuje jedne z najszerszych
 i największych bananów.

"Fe'i" - odrębny gatunek banana, przywleczony na Hawaje z Tahiti.

Pokaźnych rozmiarów kiść "Maoli" gotowa do zbioru



Poza taro, breadfruitem i bananami istnieje oczywiście cały szereg innych ważnych roślin, które stanowią nieodłączną część dawnej polinezyjskiej diety.

Kokos to być może najważniesza z nich. O wielości zastosowań kokosa mogłabym mówić długo i namiętnie. Jest to niezwykle uniwersalna roślina - praktycznie wszystkie jej części mają zastosowanie, a zwłaszcza owoc - być może najbardziej użyteczny na świecie. O kokosie przydałoby mi się napisać oddzielny post. Odkąd zawitałam na Hawaje, stał się on nieodłączną częścią mojego życia, w kuchni i nie tylko. Dla mnie najważniejsze są stare, dojrzałe kokosy, które służą mi do wyrobu kremu kokosowego, który dodaję do rozmaitych potraw, jak również masła kokosowego i wiórków kokosowych. Woda kokosowa z młodych kokosów to natomiast jedna z najbardziej orzeźwiających, a być może i najzdrowszych, substancji na świecie. Co więcej z kokosów można wyrabiać cukier, olej a nawet mąkę.

Komu świeżego kokosa?


Uhi - gdybym nie wiedziała, nigdy by mi do głowy nie przyszło, że to jest jadalne. Na świecie uhi znane są jako "yams", co na polski przekłada się jako "jamy" albo pochrzyny. O dziwo, bardzo popularne w wielu tropikalnych regionach świata. Nie miały aż tak dużego znaczenia dla hawajskiej kuchni jak taro, czy ulu, jednak na wielu innych wyspach Pacyfiku stanowią ważny element kultury. Szczególnie na wyspach Mikronezji, gdzie, tradycyjnie, mężczyźni, którzy wyhodują największego jama, automatycznie otrzymują prawo do najpiękniejszych kobiet. Jamy to w skrócie takie zmutowane, obślizgłe i nieco gorzkie ziemniaki. O dziwo potrafią być naprawdę smaczne!

uhi wykopane z ogródka

Uala, czyli słodkie ziemniaki. Niespokrewnione z normalnymi ziemniakami, a jednak łudząco podobne, różnią się tym, że jadalne są również liście. Na Hawajach szczególnie popularne są te fioletowe "okinawan sweet potato". Super słodkie i sycące. Chyba da się je dostać w Polsce?...

Okinawskie słodkie ziemniaki


Tapioka - inaczej "cassava", po polsku maniok. Nie jestem pewna co do jej znaczenia dla rdzennych Hawajczyków. Tapioka została spopularyzowana głównie przez imigrantów z Filipin. Ot kolejne źródło skrobi. Ja za tapioką nie szaleję, ale szczerze przyznaję, że pudding z "perłami" tapioki, z dodatkiem mleka kokosowego (i cukru...) to pyszności.

Pudding z tapioki


Okej, jak wiadomo, nie samymi kartoflami człowiek żyje. Jeśli chodzi o mięso to zdecydowanie wieprzowina od zawsze ogrywała największą rolę. Na Hawajach roi się od dzików. Stanowią obecnie gatunek inwazyjny. Mięso tutejszych "dzikich świń", utuczonych na orzechach makadamia i awokado jest jednak najlepszym jakie w życiu próbowałam. Wieprzowina to ważny element wielu hawajskich potraw, jak wspomnianego laulau, czy "kalua pork".

Jeśli chodzi o ryby i owoce morza to tutaj króluje tuńczyk, czyli po hawajsku "ahi". Na Hawajach o świeżą rybę nietrudno, szczególną popularnością cieszy się "poke", czyli sałatka z surową rybą. Niestety skażenie oceanu, do jakiego doszło po katastrofie w Fukushmie nieco studzi marzenia o świeżej rybie, szczególnie tej dużej, ponieważ właśnie te zawierają największe stężenia rtęci. Oprócz ryb są jeszcze wodorosty i wszelkiego rodzaju skorupiaki. Niestety zbyt rzadko wybieram się nad ocean, żeby się w nie zaopatrzyć...

Należało by wymienić jeszcze parę innych rzeczy, ale niech będą one materiałem na następne posty. Chyba jestem zbyt głodna, by kontynuować...

wtorek, 22 września 2015

Tropikalne owoce

Czy wiesz, że istnieje około 900 rodzajów bananów? Że bananowiec to nie drzewo tylko bylina? Że przezroczysty płyn w kokosie to nie mleko tylko woda kokosowa? Że największy owoc rosnący na drzewie może osiągać wagę 50 kg (o ile nie więcej...)? Że istnieje owoc, którego odór przywodzi na myśl zgniłe cebule, padlinę i brudne skarpetki (choć to może nieco przesadzone porównanie) a który w tym samym czasie jest jedną z najwyśmienitszych substancji na świecie?

Zanim przyjechałam na Hawaje, nie miałam pojęcia o owocach (właściwie to nie miałam o niczym pojęcia). Jednak ledwie godzinę po wylądowaniu na wyspie, gdy po raz pierwszy w życiu smakowałam papaję, otworzyły się przede mną drzwi do nowego świata - świata tropikalnych owoców. Po papai przyszło mi spróbować tutejszych bananów. Ku mojemu zaskoczeniu hawajskie banany nie smakowały ani trochę jak, uważane przeze mnie za niezjadliwe, przypominające konsystencją i smakiem tekturę banany chiquita, znane tutaj jako "cavendish" (wciąż ich nie lubię!). Minęły dwa lata i jak dotąd udało mi się spróbować ponad 30 rodzajów bananów, hoduję natomiast kilkanaście różnych rodzajów. Wciąż zdumiewają mnie różnice w smakach, kształtach, kolorach i zastosowaniach pomiędzy odmianami. Banany to bez wątpienia jedne z najważniejszych owoców na świecie.

różne odmiany bananów

No ale nie o bananach ten post. Moim następnym odkryciem na drodze "wtajemniczenia" były białe ananasy. Nieporównywalnie słodsze od tych żółtych, nie powodowały również przykrego swędzenia w gardle, którego trudno uniknąć jedząc żółte ananasy (przynajmniej na świeżo). Potem spróbowałam lilikoi, znanej jako pasiflora albo marakuja. Wtedy była to jedna z dziwniejszych rzeczy jakie w życiu jadłam. Z początku do nowych smaków podchodziłam nieśmiało, jednak ku mojemu zaskoczeniu, smakowało mi wszystko, co tylko spróbowałam, a każdy nowy owoc był dla mnie wielkim wydarzeniem. (Przypuszczam, że to kwestia diametralnej zmiany w mojej diecie, jaka nastąpiła po moim przybyciu na Hawaje i bycia na ciągłym "głodzie". Więcej o tym na pewno napiszę później!) Wreszcie jednak przyszedł czas na owoce, o których nigdy nawet nie słyszałam. 


mangostan

caimito

ulu

rambutan

longan

jackfruit

durian

ilama

pitaja

(Okej, chyba wystarczy tych zdjęć owoców...)

Jackfruit, mangostan, rambutan, caimito, mamey sapote, rollinia, kanistel, langsat, salak, oraz nazywany królem owoców durian. I wiele innych.

Większość tych owoców jest zapewne dobrze znana komuś, kto kiedykolwiek podróżował po południowo-wschodniej Azji, albo choć raz odwiedził Tajlandię, Indonezję, czy Brazylię. Są to tak naprawdę dosyć popularne owoce w pewnych miejscach świata.

Jakkolwiek wyżej wymienione owoce były tylko początkiem. Moja ciekawość nowych smaków szybko zaprowadziła mnie tam, gdzie niewielu się zapuszcza. Każdy z popularnych owoców ma bowiem swoich mniej znanych krewnych. I tak jak krewnym jabłka jest niezbyt popularna pigwa, tak kuzynem kakao, jest dosyć rzadkie, lecz wcale niegorsze, cupuasu. Jackfruit, owoc dzięki któremu wymyślono gumę balonową, to bardzo popularny owoc w południowych Indiach, jednak niewielu zna blisko spokrewnionego z jackfruitem maranga, czy pedalaja. Mangostan to jeden z najpopularniejszych owoców na świecie, nazywany "królową owoców" i wysoko ceniony w południowych Chinach czy Tajlandii, jednak nikt zdaje się nie interesować innymi owocami z tej samej rodziny, mimo iż wiele z nich (ale to tylko moja opinia), przewyższa walory smakowe mangostanu. Oprócz tego są owoce, które nie są spokrewnione z niczym znanym, ale to już dłuższa historia...

Łagodny klimat wysp hawajskich umożliwia hodowanie wszelkiego rodzaju tropikalnych roślin. Przy czym to na wschodnim wybrzeżu Big Island skupiona jest największa ilość farm i sadów nastawionych na produkcję owoców. Codziennie uderza mnie obfitość jedzenia, jakie rodzi tutejsza ziemia. Czasem wydaje się, że jest tego wszystkiego za dużo, że tyle się marnuje. Nie ma dnia, kiedy w mojej kuchni nie leży stos owoców. Pięć bananów dziennie to dla mnie norma.

Skutkiem mojej przygody z owocami było powstanie niewielkiego ogrodu (o którym już pisałam), gdzie posadziłam pierwsze banany i kilka drzewek. Udało mi się też stworzyć szkółkę drzewek owocowych, która w tym momencie liczy już ponad 1000 sadzonek, ciągle jednak przybywają nowe. Moim następnym celem jest znalezienie dla nich dobrego domu, a w najlepszym wypadku stworzenie własnych sadów owocowych gdzieś w okolicy. Powoli uczę się również sztuki szczepienia roślin.

Zanim trafiłam na Hawaje nie miałam pojęcia o hodowaniu roślin, jednak szybko stało się to moją pasją. Być może wracam do korzeni przodków, w każdym razie jest coś wciągającego w sztuce hodowania własnego jedzenia. Moc dawania nowego życia, czemuś co w przyszłości pomoże utrzymać cię przy życiu, antycypacja radości, którą kiedyś przyniesie pojawienie się pierwszego owocu na drzewie, które wyhodowałeś. A może chodzi po prostu o połączenie z naturą, świadomość robienia czegoś dobrego. No cóż, nie wiem dokładnie, ja po prostu uwielbiam jeść i dzielić się z innymi!

Pamiętam, że przed wyjazdem czułam się bardzo oderwana od natury. Pochłonięta codzienną rutyną, osaczona ponurym, klaustrofobicznym krajobrazem miasta. Zawsze tęskniłam do przyrody i wolności, z którymi to właśnie wiążą się moje najmilsze wspomnienia, z dzieciństwa jak i z późniejszych lat.
Wydaje mi się, że dzisiejsze życie oddziela nas coraz bardziej od powolnego rytmu życia wyznaczanego przez pory roku, czy pory dnia, od natury. Zapominamy o tym, jak bardzo jesteśmy od niej zależni. Zdajemy się nie myśleć o tym, skąd bierze się nasze jedzenie i jak je wyprodukowano. Cóż, nie musimy myśleć o takich rzeczach tak długo, jak tylko wszystko, czego potrzebujemy jest na wyciągnięcie ręki, na sklepowych półkach. Przecież zbyt jesteśmy zajęci innymi, ważniejszymi rzeczami.

Pamiętam jak pewnego razu, grupa amerykańskich turystów zawitała do straganu, na którym pracowałam. Wszyscy wydawali się bardzo skonsternowani, gdy zobaczyli stos kokosów leżących na ziemi. "Czym są te rzeczy?", zapytali, a na moją odpowiedź zareagowali prawdziwym niedowierzaniem. Jedyne kokosy, jakie znali to te małe, twarde, brązowe "orzechy", które można zwykle dostać w supermarketach. Tym razem jednak mieli do czynienia ze świeżymi, młodymi kokosami, prosto zdjętymi z palmy, kokosami do picia. Jakim zaskoczeniem było dla nich, gdy przecięłam maczetą zewnętrzną łupinę docierając do wnętrza wypełnionego po brzegi orzeźwiającą wodą kokosową.
"Smakuje jak woda." Usłyszałam w odpowiedzi. "Jak woda kokosowa", odpowiadałam, pamiętając, że jeszcze niedawno wszystko było dla mnie tak samo nowe i egzotyczne, jak dla nich.


młode kokosy do picia